Profeo

Reklama:
Chcesz się reklamować na netto? Napisz maila!

Masz domenę? Nie używasz jej? Tracisz kasę. Kliknij i zacznij zarabiać!

pisz się na to

LINKUJMY! - akcja hipertextowa
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
sobota, 12 lipca 2008
  • strona z cv nadsyłanymi do pekao została już zdjęta. ale ja chciałem jeszcze o tej sprawie napisać i przestrzec. bo jest jeszcze jedno cv, które wprawdzie na tej stronie się nie znajdowało, ale niedługo będzie krążyć po sieci i nie tylko.
  • otóż afera ta doczekała się (alleluja!) reakcji ze strony banku. teraz tricky-part: cytuję za polityką. polityka to poważne pismo, ale i tam nie powstrzymano się przed podaniem linku do cv (nie wiem, czy działał on jeszcze, czy też już nie). więc nie wiem, czy im wierzyć. polityka cytuje dyrektora biura prasowego banku pekao sa. który najpierw:
  • niemądrze (bardzo) się tłumaczy:
  • To pomysłowość internautów - trzeba było przecież specjalnie wstukać określony adres. Można było oczywiście wymyślić bardziej skomplikowany. Ale musi być jakieś miejsce na serwerze, gdzie fizycznie przechowywane są takie dane.
  • potem mówi, że mu przykro, bo to syf dla banku (a nie dla tych, którzy wysłali cv)
  • Jest nam bardzo przykro, szczególnie że bank to instytucja zaufania publicznego
  • następnie mówi, że "co złego to nie my, i to nie my będziemy płacili odszkodowania"
  • a na koniec i tu dopiero zaczyna się hardcore: straszy. cytuję:
  • Arkadiusz Mierzwa zapowiada, że kiedy zostaną ustalone numery IP tych internautów, którzy wykorzystali błąd informatyków i bezprawnie ściągali na swoje komputery prywatne dane z serwera banku PEKAO SA, osoby te zostaną pociągnięte do odpowiedzialności karnej
  • nie chcę wdawać się w szczegóły, jak choćby takie, iż "numery IP" nie są numerami internautów, a urządzeń. totalną głupotą w takim momencie jest straszenie. tu nie trzeba wielkiej wiedzy z zakresu pr, żeby wyczuć, że w takiej sytuacji ("daliśmy dupy") nie robi się takich rzeczy ("... więc wyłupimy oczy, wszystkim którzy patrzyli"). nie ma chyba lepszej metody na sprowokowanie agresji i wywołanie negatywnych emocji. "my jesteśmy w sumie w porządku, firma, która nam to robiła była trochę roztargniona, za wy pójdziecie siedzieć".
  • tak, już wiecie, o czyje CV mi chodzi w pierwszym akapicie notki.
14:12, reuptake
Link Komentarze (16) »
  • współudział, wspaniała rzecz i taka web 2.0.
  • gorzej, gdy dotyczy przestępstwa.
  • rzecz, o której piszę, jest już pewnie wszystkim znana. bank pekao uruchomił stronę, na którą można było wysyłać cv, ale nie zabezpieczył tych cv, wskutek czego "haker" "włamał" się na stronę i... no właśnie. zgodnie z duchem web 2.0 udostępnił je wszystkim zainteresowanym. koniec z przebrzmiałymi dwudziestowiecznymi zasadami, w myśl których należałoby raczej skontaktować się z administratorami serwisu, który się złamało lub też ewentualnie pokazać część danych, tak, by udowodnić swoje osiągnięcia, ale w taki sposób, by nie zaszkodzić ludziom, którzy wysyłali informacje o sobie. i którzy nie są winni tego, że ktoś w banku pekao dał ciała.
  • trudno, mleko się rozlało. jak bardzo? bardzo. zadbają o to dziennikarskie hieny. serwis "dziennikarstwa obywatelskiego" alert24 ma newsa.
  • sezon ogórkowy, takie wydarzenie jest na wagę złota. tylko dlaczego w tym newsie MUSI być koniecznie link do informacji, które bez wiedzy zainteresowanych zostały udostępnione/wykradzione (niewłaściwe skreślić) przez/z banku?
  • mnie to osobiście szokuje. czy naprawdę media powinny eskalować ewidentne naruszenie prawa? używam tu pojęcia prawo w sensie "prawo osób, które wysyłały informacje do ich ochrony"? dla mnie to już nie jest dziennikarstwo obywatelskie, nie jest to web 2.0. to owszem, współudział, ale w łamaniu prawa.
  • nie mówię tu o zamiataniu sprawy pod dywan. ale czy link do dokumentów był faktycznie niezbędny? czy tekst nie byłby bez niego wiarygodny? można mówić, że skoro coś "jest" w internecie, to będzie już krążyć i to, czy gazeta coś opublikuje, jest drugorzędne. dla mnie nie jest. okazuje się, że nie tylko "hackerów" zaczęła obowiązywać etyka 2.0. 
  • ps. na szczęście nie jestem osamotniony w tym poglądzie: 1, 2, 3...
12:32, reuptake
Link Komentarze (18) »
piątek, 11 lipca 2008
  • wikimapa czyli konkurencja dla zumi od o2. serwis startuje bardzo dobrze: świetna domeny, która tłumaczy czym strona jest ("wiki" - "redagujemy razem" + "mapa" - wiadomo, co redagujemy) i niezwykle prosty zestaw funkcji. właściwie funkcje są dwie: dodawanie punktów na mapę (czyli współtworzenie jej treści) i, gorzej nazwane, przysyłanie notek. to drugie polega na możliwości dodania tekstu do dowolnego punktu mapy, następnie otrzymuje się kod, który można wkleić na stronę.
  • sprawdźmy:
  • o2 sięga po user generated content, wabiąc użytkowników przekazywaniem pieniędzy na cele charytatywne. to kolejny niezły pomysł, w którym brakuje tylko możliwości pochwalenia się tym, ile środków dzięki wkładowi w wikimapę, przekazało się na zbożny cel. ale za to jest głosowanie, na jaki cel te pieniądze przeznaczyć (chociaż wszystkie dotyczą dzieci), a możliwość współdecydowania zawsze przyciąga.
  • punkty dodaje się dość "swobodnie", w łebdwazerowym duchu, tagując je, a nie wybierając kategorie. jest to wygodne, ale może za jakiś czas sprawić problemy: szukając baru nie znajdziemy pubu, a szukając hotelu pominiemy motele. podejrzewam, że nie będzie to jedyny sposób, w jaki o2 będzie chciało wzbogacić mapę od dane. zapewne jeśli ktoś ma ciekawe, "hurtowe", zasoby tego typu informacji, będzie mógł podać inny numer konta niż konto fundacji pomocy dzieciom.
  • wydawałoby się, że dwie funkcje to mało, a zumi zgniata wikimapę bogactwem informacji. problem w tym, że nie zawsze potrzebujemy tylu informacji. otwierając zumi napotykam coś w rodzaju przewodnika turystycznego. "atrakcje turystyczne gdańska". świetnie. ale otwierając wikimapę widzę... mapę. jeszcze lepiej.
  • oczywiście gdzieś za plecami czai się google i jego mapy. google dodawanie punktów do map ćwiczy od dawna, a funkcjonalności, jakie oferuje, są niezwykle bogate. od jakiegoś czasu wyświetla mapki także w wynikach wyszukiwania.
  • jak widać każdy ma swoją strategię. google lokalizuje produkty, które startowały w stanach, przenosząc coraz więcej funkcji do polski i korzystając z tego, że jest najpopularniejszą wyszukiwarką. onet od razu startuje z pozycji "największego", wydając mnóstwo środków zarówno na treść jak i na reklamę. a o2? skromniutko i tanio (nie wiem, ile kosztowało pozyskanie samej mapy) buduje swój serwis, który jak sądzę, będzie coraz częściej widoczny na rozmaitych stronach www. jeśli miałbym na szybko wysłać komuś punkt na mapie mailem lub wkleić mapkę na stronę, skorzystałbym raczej z wikimapy niż z zumi.
    • czasem nawet wygląda to zbyt tanio: nie trzeba chyba photoshopa, żeby dodać antyaliasing pod przyciski.
  • mapy to teraz bardzo gorący temat. jeśli dodamy coraz powszechniejsze użycie gps i innych technologii lokalizacyjnych, otrzymujemy produkt, który może być tak "wybuchowy", jak niegdyś były sieci społeczne. kolejny kawałek naszej rzeczywistości (tym razem relacje przestrzenne, a nie interpersonalne) przeniesiony do internetu.
  • ps. odrębną kwestią jest jakość samej mapy i jej dokładność. tutaj nie jestem w stanie sformułować żadnej oceny. na pierwszy rzut oka jest ok.
15:57, reuptake
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 lipca 2008
  • na blogu bokardo, który bardzo polecam (polecam też książkę joshua'y portmana "designing for the social web", ma ukazać się jej polska edycja) pojawiła się notka o koewolucji ludzi i narzędzi. portman pisze tam między innymi o aplikacjach, które zdobyły sobie rynek, mimo iż były na nim mocno spóźnione. wymienia kilka przykładów (wordpress, skitch, laterlooop, time machine), ja mogę też dorzucić choćby flickr, który przecież nie był pierwszym programem do publikacji i współdzielenia się zdjęciami, czy skype, który też nie był pierwszą aplikacją voip.
  • jeśli szukać wspólnych cech tych serwisów czy programów, to na pierwszy plan wybija się prostota użytkowania. można powiedzieć, że projektanci pierwszej fali skupiają się na wymyśleniu funkcjonalności ("zrobimy program, dzięki któremu będzie można rozmawiać przez sieć"). potem przychodzi druga fala i to często ona zdobywa trwale rynek, skupiając się na dobrym designie ("zrobimy lepszy program, dzięki któremu będzie można rozmawiać przez sieć naprawdę łatwo"). rozstrzygać, kto tu jest bardziej kreatywny nie ma żadnego sensu. oba rodzaje innowacji mają swoje miejsce w cyklu ewolucyjnym produktów.
  • piszę to jako trochę przydługi wstęp do prezentacji "jeszcze jednego systemu (mini)blogingowego" o nazwie posterous. patrząc na blogi tworzone w tym systemie, jak choćby ten, nie zauważamy niczego innowacyjnego: przychodzi na myśl tumbler. innowacja jest jednak gdzie indziej: w sposobie tworzenia notek.
  • posterous kładzie nacisk na pisanie bloga za pomocą maili. proszę jeszcze nie ziewać. wiem, że prawie każdy system blogowy na to pozwala. różnica jest w wykonaniu. na czym polega? sprawdźcie. po prostu napiszcie w mailu notkę blogową (tytuł w tytule maila, treść w treści) i wyślijcie ją na post@posterous.com. to wszystko. blog zostanie założony, wpis opublikowany. nie ma żadnych wcześniejszych, nie ma żadnych dalszych kroków, aczkolwiek można zmienić po fakcie nazwę bloga, jego wygląd, czy też włączyć możliwość publikowania także za pomocą interfejsu www.
  • jakie zalety ma publikowanie notek mailem? przede wszystkim prawie każde urządzenie przenośne komunikujące się w jakiś sposób z siecią ma możliwość wysyłania maili.
  • można też wskazać wiele wad. programy pocztowe to nie edytory notek. jednak posterous stara się tak obrobić maile, byśmy mogli wysyłać nie tylko tekst, ale także obrazki (tworzy z nich prostą, wygodną galerię pod notką), muzykę (wkleja wówczas player) a także, podobnie jak blip, przekształca rozmaite "znane" urle w playery. wystarczy, że wkleisz w mailu odnośnik do youtube'a: na blogu pojawi się player z danym wideo. widać, że twórcy serwisu, w który zainwestował zresztą ycombinator, co już jest swoistą rekomendacją, postarali się. i naprawdę zrobili coś, co jest nową jakością w porównaniu wordpressem, które niby pozwalają na to samo. ale tylko niby: zobaczcie, jakie to skomplikowane.
  • prawdziwe problemy są gdzie indziej: takiego bloga, w którym publikuje się notki wysyłając je mailem można łatwo przejąć. czytelnikom techcruncha nie zajęło to wiele czasu. posterous nie poprzestaje na prostym sprawdzaniu pola "from:" w mailu, to byłoby zbyt naiwne, ale w dążeniu do prostoty (wszystkie notki wysyła się na ten sam adres maila, nie ma żadnych "tajnych adresów mailowych" przydzielanych per user) jest tak konsekwentny, że wpada w innego rodzaju problemy. z którymi pewnie będzie musiał się jakoś uporać, inaczej nie widzę dla niego przyszłości. zastanawiam się też, jak sobie poradzi z lawiną spamu. przecież spamerzy już dopisują do automatów wysyłających reklamy viagry i przedłużacze penisa adres post@posterous.com
  • być może analogia do serwisów wymienianych na początku tego wpisu jest o tyle niepełna, że choć posterous jest innowacyjny pod względem designu, to świata jednak nie podbije. to możliwe. ale - przynajmniej dla mnie - jest to niezwykle inspirujący serwis, pokazujący, w jakim kierunku można myśleć.
  • nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na to, jak różne jest podejście w polsce. pojawia się coś fajnego (tumbler), ktoś w usa myśli "tumbler jest świetny, ale ja zrobię podobny serwis, tylko jeszcze lepszy i może zdobędę popularność w drugiej fali". a w polsce: "tumbler jest fajny, trzeba zrobić coś podobnego, ale zrobmy to byle jak, gorzej od pierwowzoru: ciemny lud to kupi, bo nie zna angielskiego". wynikiem pierwszego sposobu myślenia jest posterous, drugi prowadzi do powstania tak wspaniałych serwisów jak bublo.pl. nie jest to czyjaś osobista "wina", tak to już u nas się kręci od lat, ale to temat na inną notkę.
12:06, reuptake
Link Komentarze (16) »
środa, 02 lipca 2008
  • to trzecia i ostatnia część relacji z rebootu.
  • drugi dzień zaczął się dla mnie dość późno i niestety, nie udało mi się dotrzeć na miejsce akcji wystarczająco wcześnie, by posłuchać jerry'ego michalskiego. zamierzam nadrobić to, gdy udostępnione zostaną nagrania wideo.
  • zdążyłem na dyskusję w małej salce (szatni, sądząc po zapachu, a raczej braku tegoż: damskiej), na temat "związków 2.0". brało w niej udział kilkanaście osób, poszedłem tam głównie po to, by zobaczyć, jak wyglądają tego typu sesje. dyskusja, była naprawdę ciekawa, a moja osobista refleksja jest taka, że stan narzędzi sieciowych służących do podtrzymywania relacji interpersonalnych w internecie jest daleko niezadowalający. wielokrotnie spotykałem się, nie tylko na tym spotkaniu, ze stwierdzeniem, że dana osoba używa dwóch różnych sieci społecznych tylko po to, by w każdej z nich kultywować inny rodzaj znajomości. "na jaiku mam osoby, które znam dobrze, a na twitterze, takie, które znam głównie z sieci i właściwie tylko dlatego używam dwóch serwisów zamiast jednego". teoretycznie facebook pozwala na określenie, na czym dana relacja polega, w praktyce niewiele z tego wynika.
  • ps. jak możecie się domyślić, na spotkanie o związkach przyszło sporo kobiet. w różnym wieku, 1.0, 2.0, 3.0. i tu przestroga.

  • (cc) illustir
  • potem przeniosłem się do głównej sali na prezentację davida recordona, poświeconą technologiom, które budują otwartą sieć. od rss przez openid, oauth aż do opensocial. dla mnie nie było w niej nic odkrywczego, ale publiczność dobrze go przyjęła.
  • kolejną prezentacja była poświęcona "krzywej kreatywności". pewnie wrócę do niej na wideo, bo w sali było tak duszno, że niewiele z niej zapamiętałem. niezrażony tym, po lunchu udałem się znowu do sali "box", zawieszonej nad głównym pomieszczeniem budynku, by posłuchać o pięknie w web designie. niestety i z tej prezentacji niewiele wyniosłem: zbyt poświęcona była ona zjawisku piękna w teorii, za mało zaś skupiała się na tym, czym jest piękno w kontekście webu, nie mówiąc już o braku konkretnych przykładów.

  • następnie wystąpili... piraci z zatoki piratów. jak wyglądają piraci? ok, może nie spodziewałem się opaski na oku, drewnianej protezy i haka zamiast dłoni, ale magnus eriksson z partii piratów i peter sunde z the pirate bay byli tak zwyczajni, że było to dla mnie pewnym szokiem. niezbyt sprawni jako prezenterzy poruszyli jednak ciekawy problem ustawodawstwa "acta". acta to dość tajemniczy traktat miedzynarodowy, mający na celu zwalczanie naruszania praw związanych z własnością intelektualną. ma on działać ponad granicami państw i narzucać pewne regulacje wszystkim jego sygnatariuszom, takie jak np. obowiązkowa penalizacja pewnych naruszeń praw intelektualnych (ściganie ich z urzędu jako przestępstw kryminalnych). nad przestrzeganiem traktatu ma czuwać specjalna organizacja, powołana tylko do tego celu i nie będąca pod kontrolą rządów czy onz. są to tylko jedynie niepokojące domniemania, gdyż negocjacje na temat acta są tajne, mamy do dyspozycji jedynie przecieki.

  • (cc) HenrikAhlen
  • niezwykle ciekawe, choć trudne w odbiorze było kolejne wystąpienie, które wygłosił jyri engeström, (współ)twórca jaiku, pracujący teraz dla google'a. jyri również nie jest porywającym mówcą, ale jego przemyślenia są godne uwagi. zaczął od krytyki dotychczasowego patrzenia na sieci społeczne i analizowania ich jako połączeń pomiędzy uczestnikami. stąd koncepcja "obiektów społecznych". osoby w sieci społecznej łączą się nie bezpośrednio, ale właśnie poprzez te obiekty. dużo uwagi poświęcił jyri urządzeniom mobilnym, które są w stanie tworzyć nowe obiekty społeczne. iphone (z sdk) porównał do mikroskopu, który otworzył przed naukowcami cały nowy, niedostępny wcześniej świat. dalej jego prezentacja przeniosła się w nieco futurystyczne regiony wykrywania "punktów węzłowych", czyli automatycznego wyszukiwania w sieci, tego, co nas powinno interesować. nie w sieci www: w sieci społecznej, która nas otacza i której jesteśmy częścią. zamiast friendfeeda czy flakera, które są przeniesieniem "tail -f /home/users/joe/logs/activity_log/" do www, dostawalibyśmy informacje przefiltrowane z uwzględnieniem tego, gdzie się znajdujemy, w jakim jesteśmy nastroju i jakie mamy aktualnie potrzeby społeczne. google nad tym już pracuje... to tylko mały fragment z tego, o czym mówił jyri, slajdy już są dostępne, ale mimo wszystko zaczekałbym na video.

  • w tej samej sali, chwilę później, miały miejsce mikroprezentacje w stylu pecha kucha. nie wszystkie widziałem, ale te, które udało mi się zobaczyć, były w znakomitej większości świetne. zwięzłe, dowcipne i żywe. wiele można się nauczyć jeśli chodzi o sam sposób prezentowania od uczestników rebootu.

  • (cc) illustir
  • na zakończenie, w głównej sali wystąpił chris messina aka factory joe. chris jest jedną z osób, które tworzą bardzo mi bliski projekt diso. jego prezentacja obejmowała bardzo wiele tematów. interesujące były wątki poświęcone historii pierwszych barcampów, które chris organizował (pierwszych, w sensie "naprawdę pierwszych": przy okazji okazało się, że polskie spotkania pod tą nazwą łamią podstawową zasadę tego typu spotkań: każdy uczestnik musi coś przygotować). opowiadał także o tym, jak powstały pierwsze wspólnoty coworkingowe w kaliforni oraz oczywiście o technologiach składających się na projekt diso.
  • na tym reboot, a przynajmniej jego część "oficjalna" (o ile można tu mówić o jakiejkolwiek oficjalności) się skończył. pozostało uczucie niedosytu. rozmawiałem o tym z organizatorami. "tyle prezentacji, które musiałem opuścić. ciągła konieczność wybierania, poczucie straty". "tak ma być. przyjedź za rok." - odpowiedziano mi. i faktycznie, coś w tym jest. ma się wrażenie, że koniecznie trzeba przyjechać jeszcze raz i posłuchać tych, których nie zdążyło się wysłuchać w tym roku. ja na pewno się wybiorę.
  • po zakończeniu wystąpień uczestnicy rozjechali się po całej kopenhadze na kolacje. kolejny przykład "lekkości" organizacyjnej rebootu: w połowie dnia wywieszono po prostu mapę z zaznaczonymi lokalami i kilka pustych kartek z nazwami restauracji, w których już wcześniej zarezerwowano miejsca. uczestnicy wpisywali swoje nazwiska na tych kartkach, tworząc grupki, które następnie wspólnie udawały się na posiłek.
  • to nie koniec. po kolacji zgromadziliśmy się w jednym z lokali na afterparty. była to jedna z najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych imprez, w jakich miałem możliwość uczestniczyć. zaczęło się dość zwyczajnie: ludzie schodzili się, kupowali drinki i piwo, rozmawiali. robiło się coraz tłoczniej i coraz goręcej. w dodatku w środku nie wolno było palić. zaczęto więc wychodzić na zewnątrz, by tam porozmawiać w chłodniejszych warunkach. szybko okazało się, że piwo w sklepach jest (znacznie) tańsze niż w środku, więc wycieczki do seven eleven kursowały w tą i z powrotem.
  • to jednak nie spodobało się ochronie lokalu, która zabroniła wynoszenia drinków na zewnątrz. nadal spora grupka palaczy stała przed budynkiem, ale ogólna atmosfera siadła: w środku duszno, na zewnątrz nie można wyjść z piwem...
  • i nagle, na drugiej stronie ulicy pojawił się młody człowiek z wózkiem...

  • ... wypełnionym piwem i samochodowymi akumulatorami. w wózku miał jeszcze ipoda, z którego puszczał muzykę, przez przytwierdzone do pojazdu głośniki. 10 koron to okazyjna cena piwa jak na kopenhagę (ok. 5 zł), po drugiej stronie jezdni ochrona mogła nam naskoczyć, więc szybko zużyliśmy całe zapasy magazynowe, na szczęście szybko udało się zorganizować kolejne dostawy, co przyciągnęło następnych uczestników. dość powiedzieć, że po niedługim czasie na kopenhaskiej ulicy bawiło się przy dźwiękach muzyki około 100 osób (a lokal świecił pustkami).
  • mieliśmy nawet live act w postaci pokazu tańca przy akompaniamencie sekwencera.
  • potem, jak można wywnioskować z youtube'a i flickra (bo ja zdążyłem się zmyć), we wszystko wmieszała się policja (najpierw jeden policjant w cywilu, zobaczcie film, a potem dość imponująca liczba funkcjonariuszy z tamtejszego zomo), aczkolwiek nie wiem, do czego się przyczepili: sądzę, że do blokowania ścieżki rowerowej, co w kopenhadze musi być strasznym przestępstwem. picie piwa na ulicy przestępstwem nie jest, jest wręcz, jak mi tłumaczono, "encouraged". thomas twierdzi, że policję wezwali menedżerowie z baru, w którym organizowano afterparty, gdy zauważyli, że goście wolą bawić się z nami i pić nasze, może nie darmowe, ale z pewnością tańsze, piwo :) impreza zakończyła się więc stylowo.
  • na koniec, last but not least: ogromne podziękowania dla trzech osób, bez których nie pojechałbym na reboot. nikolaj nyholm z polarrose powiedział mi o spotkaniu, a jego firma pokryła koszty wpisowego. peter madsen-mygdal (brat głównego organizatora) gościł mnie u siebie w domu (co wiązało się czasem z otwieraniem mi furtki o 3 nad ranem), poproszony o to przez arka hajduka. dzięki!
  • i w stylu jobsa: one more thing. jest szansa na podobną imprezę w polsce. stay tuned. ale jeszcze nie dzwońcie na policję.
  • ps: jeśli wam mało, to jest jeszcze relacja na blipcascie + google waszym evil przyjacielem. rozumiem, że za rok jedziemy w większej grupie?
19:50, reuptake
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 lipca 2008
  • zanim przejdę do opisania tego, co na reboocie się działo, a raczej tej części, którą w jakimś stopniu zarejestrowałem, jeszcze jeden odnośnik do relacji z imprezy i cytat, który powinien pojawić się przy poprzedniej notce:
  • What's striking about Reboot is that every year the conference, its date schedule, location, speaker programme, ticketing, web site and many other aspects get determined only at the very last minute. [...] Even more remarkable was that none of the people I spoke with seemed to be bothered by this uncertainty at all, to the contrary: "it works out every year, just go with the flow", was the consensus.
  • to, czy i do jakiego stopnia nasz mózg działa wielowątkowo, jest ciągle przedmiotem debaty. nie ulega jednak wątpliwości, że nasze ciało w danym momencie może znajdować się tylko w jednym miejscu w przestrzeni. stąd opisanie debaty, która toczyła się na reboocie w kilku równoległych wątkach, jest właściwie niemożliwe. opowiem tylko o kilku sesjach w których mogłem uczestniczyć. w tym wpisie zajmę się pierwszym dniem konferencji.


  • (cc) tonz
  • reboot10 przebiegał pod hasłem "free". wolność to bardzo szerokie pojęcie i każdy definiował je na swój sposób. ton konferencji nadał jednak tor norretranders. w swoim wystąpieniu opowiedział o dwóch rodzajach wolności. jedna z nich polega na zapewnieniu sobie niezależności poprzez gromadzenie dóbr i zasobów oraz wyraźne odgradzanie się od świata. drugi rodzaj to wolność polegająca tym, że zamiast gromadzić zasoby, przetwarza się je. zamiast odgradzać się od świata, staje się częścią ekosystemu. tak działa przyroda. "have your meal / share your shit". druga część hasła stała się nieoficjalnym mottem konferencji, wielu prezentujących rozpoczynało od "i want to share my shit with you".
  • po tym wystąpieniu odczytano trochę różnych, czasem, ale niestety rzadko, zaskakujących definicji słowa wolność zaczerpniętych z google'a, a potem zaproszono ekscentrycznego howarda rheingolda (któremu także reboot się bardzo podobał), który dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat "globalnej reakcji", jaka jest możliwa dzięki nowym technologiom, umożliwiającym kooperację. od projektu seti do google'a, który też oparty jest na (hiper)łączach.
  • doskonałą prezentację w małej sali (wypełnionej po brzegi) miał andy budd. nazwa "projektowanie krzywej user experience" nie brzmi zbyt obiecująco. tymczasem było to jedno z najlepszych wystąpień na reboocie. andy pokazał, używając przykładów z innych "branż" jak powinniśmy dbać o użytkownika w serwisie internetowym. porównanie z wysokiej klasy hotelem, w którym każdy moment pobytu "użytkownika" (gościa) jest zaprojektowany z najwyższą starannością i dbałością o każdy szczegół, pokazało, jak wiele można się nauczyć, jeśli poszukamy inspiracji w procesach, które kształtowały się przez dziesiątki lat. nie będę opowiadał prezentacji, bo jest to mało sensowne. postanowiłem sobie, że ściągnę andy'ego na bootstrap i zamierzam dotrzymać słowa.

  • (cc) JulianBleecker
  • stowe boyd, autor jednego z moich ulubionych blogów, snuł dość ponurą wizję świata, który właśnie przechodzi z ery industrialnej, masowej, do nowej ery, którą stowe nazwał epoką "post-everything". stowe twierdzi, że dwudziestowiecznie pojmowany rozwój gospodarczy, czy liberalne zachodnie społeczeństwo "masowego indywidualizmu" są u kresu możliwości. z drugiej strony powrót do jeszcze odleglejszej przeszłości nie jest możliwy. alienacja, oderwanie od korzeni: to już nastąpiło. nadzieję stowe widzi w kulturze sieci, w tworzeniu minispołeczności powiązanych także przy pomocy nowoczesnych technologii. można wręcz powiedzieć: w nowej plemienności, która zanikła w masowym, zindustrializowanym świecie. technologie dadzą nam możliwość uczestnictwa i przynależności. przynależność stanie się źródłem sensu. więcej pisał nie będę, odsyłam do samej prezentacji.
  • zupełnie zaskakujący show dał jeremy keith. jego prezentacja dotyczyła kwestii praw autorskich i copyrightu. opowiedział on o historii muzyki irlandzkiej, której jest wielkim fanem (niezależnie od muzycznych fascynacji ma w dorobku dwie książki o css i ajaxie), a która to muzyka zupełnie wymyka się współczesnej doktrynie prawnej. "dzieła" przekazywane najpierw przez wędrownych grajków, przewiezione następnie za ocean, następnie spisane w formie zapisu nutowego, potem nagrywane, nie mają autorów, są przetwarzane i modyfikowane. w trakcie prezentacji jeremy demonstrował różnice pomiędzy poszczególnymi podgatunkami irlandzkiej muzyki, grając na mandolinie.
  • kolejna zaskakująca sesja miała miejsce w sali zwanej "the box". prowadzący zaczął od tego, że każdy z nas miał z pewnością wiele pomysłów, których nie zrealizował z braku czasu lub z innych powodów i których zapewne już nie zrealizuje. dlaczego więc nie podzielić się nimi z publicznością? każdy chętny dostał swoją minutę na przedstawienie pomysłu (+ 3 minuty na dyskusję z publicznością). bardzo ciekawe przeżycie.
  • traci fenton opowiadała o demokratycznych organizacjach. słuchałem jak bajki, ale z zapartym tchem. podobno, gdzieś tam, istnieją firmy, w których każdy sam wyznacza sobie zadania i w których wszystkie decyzje podejmowane są demokratycznie. i działają i przynoszą zyski (problem w tym, na jaką skalę mogą takie firmy działać, tzn. ile ich może być i czy nie zatrudniają przypadkiem po prostu wybranych osób, które świetnie funkcjonują w takim ekosystemie).
  • dzień pierwszy zakończony został niezbyt wystawną, ale smaczną kolacją (to zdjęcie przedstawia przygotowania)...
  • ... w trakcie której podawano również strawę o charakterze intelektualno-rozrywkowym. najpierw pokazano, co można zrobić z dziwnym kawałkiem materiału (kliknijcie "the sleeve design"), który otrzymał każdy uczestnik rebootu. potem z błyskotliwą prezentacją wystąpił david weinberger. w brawurowy sposób rozprawił się on z mitem, że "wszystko jest informacją". na koniec linda kostowski i sashe pohlepp przedstawili projekt "export to world" polegający na półautomatycznym reeksportcie przedmiotów z second life do rzeczywistości. brzmi to nieco dziwnie i jest dziwne. ale takimi rzeczami też się ludzie bawią.
  • (dalszy ciąg: wkrótce)
19:49, reuptake
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 czerwca 2008
  • wczoraj wieczorem wróciłem z reboot10, najlepszej konferencji, na jakiej kiedykolwiek byłem. jadąc, miałem niejasne wrażenie, że będę uczestniczył w jakimś specjalnym wydarzeniu, słyszałem bowiem sporo pozytywnych wzmianek o poprzedniej edycji imprezy, ale na czym ta wyjątkowość polega nie miałem pojęcia i przyznam się, że nadal nie do końca wiem, w jaki sposób organizatorom udaje się, to co się udaje.
  • jakie są więc składniki rebootu?
  • miejsce. nawet gdy pogoda nie dopisuje, a dopisywała średnio, kopenhaga to jedno z ładniejszych europejskich miast (tak jak lublin). w dodatku wszędzie jest blisko: do warszawy godzina lotu, do londynu to samo, do berlina również, do malmö ? bezpośredni most.

  • ale i budynek, w którym odbywa się sama impreza jest wyjątkowy ? jest to stara elektrownia, zamieniona na centrum kulturalno-sportowe.

  • podstawowa część konferencji miała miejsce w dużej, centralnej sali, która w razie potrzeby mogła pomieścić wszystkich uczestników

  • oraz w dwóch mniejszych salkach (jedna z nich była niestety dość duszna). przez cały czas funkcjonował również bar. można było kupić piwo i inne trunki. ale organizatorzy imprezy, która przebiegała pod hasłem "free", zapewnili uczestnikom zarówno śniadanie, jak i lunch a także kolację, cały czas dostępna była kawa, herbata oraz owoce. to wszystko spożywać można było w kawiarni, będącej częścią budynku a także przed budynkiem, gdzie ustawione były zarówno stoliki, jak i specjalne minileżaczki.

  • w porze lunchu niemal wszyscy uczestnicy spędzali czas na zewnątrz, jedząc, pijąc i rozmawiając ze sobą. duża dostępność alkoholu, jeśli pominiemy jego zaporowe ceny, też sprawiała, że kontakty międzyludzkie nawiązywało się bardzo łatwo. to zasadnicza różnica w porównaniu z fowa, gdzie każdy musiał kombinować na własną rękę, gdzie i co zjeść (a na dodatek wybór nie był zbyt duży), zaś widok kogoś z butelką piwa stanowiłby raczej zgrzyt.
  • dodatkowo skandynawski smaczek: przy konferencji funkcjonowało specjalne przedszkole, w którym dwóch młodych islandczyków zajmowało się dziećmi uczestników, przy wydatnej pomocy nintendo wii.
  • uczestnicy. thomas madsen-mygdal, organizator konferencji, mówił, że jest impreza "done by peers for peers". pytanie, kim są ci "peers"? nie znam jednoznacznej odpowiedzi. w sumie liczba uczestników oscylowała koło kilkuset osób (300? 400?). byli to zarówno studenci (dość spora grupa), freelancerzy (również spora grupa), jak też i przedsiębiorcy oraz pracownicy rozmaitych firm internetowych i takich, które internetu ignorować nie mogą (co dość oczywiste było na sali wiele osób pracujących w nokii czy ericssonie). nie brakowało naukowców, a także przedstawicieli znanych funduszy inwestycyjnych. a więc okazuje się, że na imprezę, na której absolutnie nikt nie jest w garniturze i która nie jest organizowana w budynku "instytucji finansowej" można zaprosić vc

  • dość trudno było określić, skąd przyjechali uczestnicy rebootu. dominowali skandynawowie, ale było też wiele osób pracujących w kopenhadze, pochodzących z innych części europy lub w drugą stronę: duńczyków i szwedów mieszkających poza swoimi krajami. ja byłem jedynym uczestnikiem, który przyjechał z polski, choć nie jedynym polakiem.
  • prelegenci. konferencja trwała dwa dni, wystąpień było sporo, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że czasem odbywało się nawet pięć równoległych sesji, a dodatkowo zorganizowano sesję mikroprezentacji wg. zasad pecha kucha. podejrzewam, że prawie połowa uczestników prowadziła choćby krótką prezentację czy panel dyskusyjny. kto wystąpił na reboocie w tym roku? kilka nazwisk: dan gilmor , stowe boyd, tariq krim, david recordon, david weinberger, chris messina, czy jerry michalski. nie wiecie, kim są? warto to nadrobić, bo ich wpływ na to, co dzieje się w internecie jest większy niż niejednego ceo. to nie jest kolejna konferencja z serii: wybierzmy firmy, które są trendy (wersja fowa)/największe (wersja internet 2k8) i z nich zaprośmy kogoś, kto jest najbardziej znany (wersja fowa)/najwyżej w hierarchii, najlepiej prezesa, bo nikt nikogo nie zna, ale jak będzie prezes, to przyjdą (wersja internet 2k8). zapraszane są osoby, które rzeczywiście mają wizję tego, co nas czeka w bliższej czy dalszej przeszłości. nie dziwi więc obecność na sali przedstawicieli vc, którzy muszą wiedzieć wcześniej, co za kilka lat będzie trendy. tak samo jak nie dziwi wystąpienie przestawicieli zacnego serwisu the pirate bay.
  • jak dowiedziałem się z rozmowy z organizatorami, dodatkowym kryterium, według którego zapraszani są prelegenci, jest ich umiejętność prezentowania. miałem tu do czynienia z absolutnie najwyższym poziomem, jeśli chodzi o samą technikę prezentacji, luz, flow i dowcip, połączone jednocześnie z naprawdę głębokimi przemyśleniami. będą nagrania wideo, to sami się przekonacie.
  • wróciłbym jeszcze do zatartego podziału pomiędzy uczestnikami a prelegentami. to naprawdę zadziałało. pamietam, że na ostatnim fowa byli michael arrington i om malik. nie dość, że ten pierwszy spóźnił się na własne wystąpienie, to jeszcze obaj paneliści zniknęli bez śladu chwilę po tym, jak się pojawili. tutaj nic takiego nie miało miejsca. prelegenci, z których większość przyjechała na własną rękę i na własny koszt, byli obecnie na innych prezentacjach. że nie wspomnę o afterparty.
  • organizatorzy. jeden z uczestników konferencji, którego thomas, będący głównym organizatorem rebootu odbierał z lotniska, nie mógł się nadziwić jego spokojowi. impreza miała wystartować za godzinę, a thomas zamiast zwijać się jak w ukropie, pokrzykiwać na zespół i biegać szukając potrzebnych kabelków, spokojnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości, pojechał na drugi koniec kopenhagi, by pomóc mu w transporcie. czy reboot był perfekcyjnie zorganizowany? w pewien sposób tak. ale spokój thomasa nie wynikał wcale z jakiegoś superodokładnego planu, w którym było wszystko zorganizowane. wręcz przeciwnie.
  • dzień przed startem konferencji, na stronach zaczął pojawiać się plan sesji. jeszcze raz powtórzę: dzień przed. nikogo to nie zniechęciło, wiadomo było, że ten zestaw prezentujących to gwarancja dobrego poziomu.
  • i nagle wszystko zaczęło się układać.

  • plan konferencji zaczął powstawać (celowo składał się on z luźnych kartek, by można było go w każdej chwili zmieniać).
  • thomas przerywał rozmowę przy piwie, wstawał od stolika, szedł do głównej sali, zapowiadał kolejnego prowadzącego (bez brylowania przed publicznością w stylu carsona) i jakby nigdy nic, wracał do przerwanej konwersacji. ten luz bardzo udzielał się odwiedzającym.
  • i nie było żadnych większych opóźnień, żadnych większych wpadek (poza szwankującym wifi), mimo iż całość była klecona w dużej mierze ad hoc ? na samej konferencji można było zaproponować wystąpienie, czy sesję dyskusyjną, dowieszano wówczas karteczkę i problem z głowy.
  • (część druga: o czym mówiono na konferencji oraz w czasie afterparty - wkrótce)
19:58, reuptake
Link Komentarze (12) »
środa, 25 czerwca 2008
  • kiedy już nic nie pomaga, trzeba się zrebootować. jutro i pojutrze będę na konferencji reboot w kopenhadze. to już dziesiąta edycja tej imprezy, ja będę po raz pierwszy i nie wiem, czego się spodziewać. nawet program imprezy, w chwili gdy to piszę, jest ustalony tyko w połowie (wczoraj był całkiem pusty). niektóre punkty programu wyglądają faktycznie kosmicznie (przynajmniej jeśli chodzi o opis, bo z wyglądu to karta vga ;-) )
  • relacja na żywo na blipie, a post factum na blogu. niekoniecznie na tym.
11:34, reuptake
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
  • pisałem niedawno o tym, jak serwisy aukcyjne coraz bardziej przestają być aukcyjne i proszę bardzo: allegro uruchomiło serwis dla szukających pracy/pracowników, oparty po prostu na modelu ogłoszeń. nie ma żadnej licytacji, nie ma nawet konieczności podawania wynagrodzenia.
    • ciekawe, czy przyjmie się skrót BPM: bez pensji minimalnej
  • ruch ten wydaje się sensowny: allegro to tak duża baza użytkowników, że nowy serwis może na tym rynku coś zdziałać. dziwne jest raczej to, że zamiast ogólnego serwisu ogłoszeniowego, powstał serwis tylko dla poszukujących pracowników. allegro mogłoby spróbować stać się polskim craiglist, największym serwisem ogłoszeń drobnych każdego rodzaju. wiadomo, że w przypadku ofert pracy allegro liczy na bardzo lukratywny rynek zawodowych pośredników, ale i tak wydaje mi się, że brak oporu jaki napotyka w polsce gumtree jest co najmniej zastanawiający. gumtree należy do kijiji, które jest z kolei własnością ebaya.
    • jak widać wszystkie serwisy drobnych ogłoszeń muszą mieć odczapowe nazwy, od dwukropka i populady po wspomniane gumtree czy kijiji.
    • nazwy, którą wybrało allegro nie będę komentował, -5 w skali kreatywności 0..10, ale może to i dobrze?
  • czy na tym rynku jest miejsce dla allegro? rynek ten ma dwóch liderów: grupę pracuj.pl i agorę, dość zaciekle konkurujących ze soba. dla pracuj.pl ta branża to absolutny core business i nie można się spodziewać, by firma ta odpuściła pierwszą pozycję bez walki. dla agory też jest to jedna z tych działek rynku, na której jej bardzo zależy. pracaallegro jest i nie jest konkurentem.
  • od środka to dość dziwny serwis. z jednej strony wygląda jak każda strona z ogłoszeniami drobnymi. z drugiej zawiera kreatory cv, a na ogłoszenia o pracę nie pozwala wysyłać innych odpowiedzi niż właśnie sztampowe cv. życiorysu nie można importować z goldenline czy linkedin, że o eksporcie nie wspomnę. cały interfejs serwisu może zyskać uznanie doświadczonych allegrowiczów, mi wydaje się bardzo zagmatwany i niespójny. jego największą zaletą jest całkowita integracja ze stroną "moje allegro" (też przeprowadzona dość dziwnie, bo niby strona jest taka sama jak gdybyśmy tam weszli przez allegro, ale ma inne logo)
  • za to można podać jakie ma się skille w bacie!

  • podsumowując: pożyjemy zobaczymy. mimo wszystkich wad, serwis ten poprzez ogromną masę użytkowników może zająć trwałe miejsce na rynku. ale raczej będzie to rynek ogłoszeń w rodzaju "do zbioru truskawek". pierwsze anonse na pracaallegro zdają się to potwierdzać.
13:26, reuptake
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 czerwca 2008
  • cały czas huczą echa konferencji tmt. nie chcę rozgrzebywać tematu konferencji jako takiej. ewa wykonała tu kawał ciężkiej pracy i za to należą jej się gratulacje. doceniam wysiłek organizatorów, faktycznie wszystko było zorganizowane dość sprawnie, a gdyby zbyt intensywnie działająca klima była najsłabszym punktem konferencji, to faktycznie nie byłoby się czego czepiać. niestety, nie był to największy problem tej imprezy.
  • ciekawą recenzję dał artur kurasiński, który najpierw napisał, że konferencja była względnie udana i ciekawa, potem zaś pojechał po wszystkich prawie wystąpieniach, za każdym razem jednak usprawiedliwiając prelegentów, że musieli poprzynudzać, bo to taki typ konferencji. czyli z bezwzględnie nieudanych wystąpień może powstać względnie udana konferencja. w toku dalszej dyskusji artur przyznał, że wprawdzie z konferencji nie można było się wiele dowiedzieć o tym, jak budować serwis społecznościowy, ale za to wszystko odbyło się punktualnie, był gość z techcruncha (który chyba znudził się jeszcze bardziej niż my), MCI (dla którego "tak jakby" cała konferencja była organizowana) oraz "blogerzy" (którzy byli porażką). to trochę tak, jakby w recenzji z restauracji napisać, że wprawdzie na 6 dań smaczne było 1, ale za to na żadne się za długo nie czekało. druga część wpisu to jakieś samobiczowanie się, słowa "granie wielkich znawców, którzy pomimo całej wiedzy ssanej RSSami nie mogą zrealizować tu, lokalnie własnego oryginalnego pomysłu biznesowego?" na blogu artura brzmią dość perwersyjnie. tak samo jak informacja, że przecież to oczywista oczywistość, że takie spotkania są organizowane dla promocji MCI oraz przerażająca konstatacja, że być może niektórzy byli na takiej konferencji pierwszy raz i (o zgrozo! o naiwności!) oczekiwali, że się dużo dowiedzą. powinni takich wyłapywać przy wejściu i nie wpuszczać. uwagi o "freeriderach", czyli nas, którzy zostaliśmy wpuszczeni do świątyni biznesu za darmo, by dostąpić zaszczytu wysłuchania self-promo m.in. gpw, belysio i k. urbanowicza, pominę. myślałem, że byłem gościem konferencji, a okazało się, że raczej byłem kimś w rodzaju studenta wpuszczonego na wejściówkę do teatru, w drodze łaski.
  • chciałem jednak napisać o czymś trochę innym. to, co najbardziej mnie zasmuciło, była lekceważenie zaproszonych gości przez michała i tworzenie sztucznych podziałów. nie chodzi (arturze) o użycie terminu "blogerzy". chodzi o ton, którym było to wypowiadane. o całą mowę ciała. o ustawienie "nas" (jakbyśmy byli jakąś jednorodną grupą "przeklętych geeków") w roli loży szyderców. o teksty w rodzaju
    • "Bloggerzy, jak to robicie, że Wasze blogi są popularne, że Was czytają, zapraszają na kanapę??"
    • "siedzieli wygodnie jako jedyni uczestnicy na kanapie za 30 tys. zł, część z nich miała internet przewodowy (wifi niedozwolone na GPW) itd.- mieli cały czas 2 mikrofony na 7 osób, pytałem, zapraszałem? i nic (prawie nic)"
  • zapraszają nas na kanapę! na giełdzie! warszawskiej giełdzie papierów wartościowych! w takiej wielkiej sali z monitorami jak stopięcdziesiąt! niesamowite. na kanapie za 30 tysięcy złotych! nie każą płacić!
  • trzeba przyznać, że taki ostry podział na "geeki" i "krawaciarzy" znajduje swoich zwolenników. już czytam nawet takie brednie, że uwaga, "blogerzy" byli niezadowoleni, bo "prelegenci nie mówili za dużo o zbawianiu świata, standardach W3 i innych wysoko uduchowionych tematach." zastanawiające, jak długo trzeba ssać palec, żeby coś takiego wyssać. i po co linkować do wpisu, który bardzo dobrze podsumowuje, to, co się autorowi podobało/nie podobało, by w tym samym zdaniu pisać, że nie podobało się zupełnie co innego.
  • w ten sam prymitywny podział wydaje się wierzyć artur kurasiński, kiedy pisze "Michał poprzez zaproszenie próbował wciągnąć nas w dyskusje i zderzyć dwa światy - uniwersum być może napuszonych panów spod znaku 'kasy & garniturów' oraz 'luzackich i biednych jak mysz kościelna' blogerów." dwa światy, dobre sobie. obok mnie siedział łukasz banach z monetto, jaki to jest świat? a z drugiej strony ty, kim jesteś? "przeklętym geekiem"?
  • nie wierzcie pozorom. nie jest żadnym gestem w kierunku nawiązania porozumienia z "geekami" zapraszanie ich na kanapę i co pewien czas rzucanie w przestrzeń "no, ciekawe, co też ci nasi blooogerzy, o tym powiedzą". zostawiliśmy ustawieni w roli kieszonkowych błaznów i część z nas nie chciała tej roli grać, zdziwiony? nie mówiąc o czysto technicznych kwestiach: jest panel, 5 panelistów, "blogerów" 8 i jeszcze sala. na całość 45 min. aha i jeszcze mielismy dyskutować "nie ze sobą". trochę ograniczeń, czasowych i innych, nie? wspomnę jeszcze o tym, że nie było wcześniej żadnych uzgodnień czy wskazówek, kiedy i w jaki sposób mieliśmy się włączać. chyba i tak nie było problemu z chętnymi do pogadania sobie, a to nie do nas należało nadawanie tonu konferencji.
  • jest wierutną bzdurą powtarzanie gadki o tym, jak to "my" nie doceniamy ludzi biznesu i pogardzamy nimi. pogardzamy? na bootstrapie był rafał agnieszczak. był arek osiak. był maciej jarzębowski. to nie są ludzie, którzy zrobili biznes w sieci? nie, nikt nimi nie pogardza. nikt ich nie pyta: "rafał, weź ty nam wytłumacz, jak to robisz, że masz ten swój serwisik foteczka, robisz na nim ten swój śmierdzący szmalec i jeszcze cię geeki na swoje mroczne sabaty zapraszają". "arek, możesz polansować serwis finansowy wśród biednych geeków, którzy nie maja złamanego grosza. za darmo, cieszysz się?" itd.
  • tak więc michale, to ty budujesz ten mur. to ty używasz 20x określenia "geek" czy "übergeek" (tego drugiego nie rozumiem, chodzi ci o kogoś w rodzaju stallmana? czy billa gatesa?) nie chodzi, czy to kogoś obraża. mnie to nie obraża. chodzi o to, jak postrzegasz świat. jaką masz potrzebę dyskryminującego etykietkowania. obudź się. szklana pułapka 4 to tylko film. to nie jest tak, że cała banda geeków tylko czycha, żeby wyłączyć ci te ekrany z wig20, uciąć krawat i napisać niezmywalnym markerem jakiś program w c++ na ścianie odmalowanego mieszkania. c'mon, obudź się i przestań szczuć jednych na drugich.
piątek, 13 czerwca 2008
  • to mnie rozłożyło na łopatki prawie jak howard webb polską reprę we wczorajszym meczu. otóż niestrudzenie poszukujący redaktora naczelnego internet standard postanowił szybciej niż ostatnio poinformować o tym, że myspace uruchomiło polską wersję portalu.
  • i okrasiło to takim oto komentarzem: "uruchomienie zlokalizowanego serwisu jest dużym zaskoczeniem, zwłaszcza, że nie pojawiały się na temat żadne przecieki." oraz "Również dzisiaj trudno nawiązać kontakt osobą odpowiedzialną za zarządzanie i rozwój serwisu. Być może to część strategii marketingowej?"
  • chciałbym to skomentować słowami molesty: "trzeba być z nami, robić to, żeby wiedzieć". żadne przecieki, dobre sobie. od pół roku w "branży" wiadomo, że myspace wchodzi do polski.
  • skąd wiadomo? choćby z internet standard (tu też o tym pisano). trudno nawiązać kontakt? odezwijcie się do izabeli pasterz. jak już to zaskoczenie opadnie.
17:54, reuptake
Link Komentarze (5) »
  • jeszcze gazety powtarzają plotki o tym, że yahoo otwiera oddział w polsce, żeby zrobić konkurencję naszej klasie, a tu scichapęk rusza polski myspace.
  • zaraz zaczną się spekulacje, czy serwis ten ma szanse na sukces w polsce, odwołujące się do bebo i innych "wielkich", którzy raczej zbłaźnili się zamiast zawojować rynek. mam wrażenie, że potencjał myspace jest niedoceniany. niedoceniane jest to, o czym ostatnio pisał blog centernetworks: myspace to nie tylko "wielu użytkowników". myspace zbudowany jest na "filarach", którymi są profile zespołów muzycznych. użytkownicy przychodzą i odchodzą, profile wykonawców zostają i przyciągają nowych fanów. niedawno sam zastanawiałem się, czy jest szansa na zbudowanie w polsce portalu wokół muzyki. muzyka jest najmocniejszym spoiwem kulturowym naszych czasów i stanowi "oś" wokół której kręcą się społeczności. ale po rozmowach z kilkoma osobami, doszedłem do wniosku, że już za późno. i faktycznie, w rozmaitych lokalach i klubach, aż roi się od naklejek promujących kapele. z obowiązkowym linkiem do myspace'a. teraz, kiedy serwis będzie miał polską wersję, ten trend tylko się wzmocni. dody szukajcie na pudelku, całego muzycznego długiego ogona na myspace.
    • był taki serwis, który mógł stanowić polskiego "pre-myspace'a", ale wirtualna polska totalnie sportaliła sprawę.
  • ps. wczoraj była zabawna konferencja o społecznościach. oczywiście takimi drobiazgami jak wejście myspace'a do polski nikt sobie głowy nie zaprzątał. dlaczego była zabawna? wyobraźcie sobie, co mają do powiedzenia o społecznościach przebrani jak manekiny na wystawie sklepu z garniturami w złotych tarasach przedstawiciele funduszy inwestycyjnych.
  • niewiele wiecej niż te manekiny.
wtorek, 10 czerwca 2008
  • już w najbliższą sobotę, specjalny bootstrap społecznościowy! znów w większej sali na ogrodowej.
  • bardzo ciekawy program, zapraszam serdecznie. wstęp wolny, zapisy nie obowiązują. po bootstrapie idziemy na tajski lunch.
  • ps. bardzo proszę o punktualne przybycie!
12:28, reuptake
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
  • miesiąc temu napisałem o inwestycji forticomu w naszą-klasę. wydawało mi się, że będzie to gorący news, a tymczasem sprawa przeszła prawie bez echa. trochę to dziwne, w końcu to, kto kontroluje największy polski serwis społecznościowy
    • wg megapanelu w kategorii serwisów społecznościowych nasza klasa ma więcej odsłon niż cała konkurencja razem wzięta
  • powinno być istotną informacją.
  • sprawę odgrzebała menadżeria, a bartek raciborski dotarł do dokumentów z krs i potwierdził, to co pisałem. estońska firma forticom as jest właścicielem większościowych udziałów w naszej klasie.
  • i na tym można by sprawę zamknąć. ja jednak podrążę dalej. otóż menedżeria dzwoniła do naszej klasy w tej sprawie. nie wiem, jakie dokładnie pytanie zostało zadane. odpowiedź, wg. tego co pisze menedżeria, była następująca:
  • "To są plotki, nie wiem skąd one się wzięły. Rosyjski inwestor? Nie ma planów związanych z nowym inwestorem. Nie prowadzimy żadnych rozmów"
  • być może pytanie zostało "źle zadane". być może zapytano o rosyjskiego inwestora, a inwestor jest, powiedzmy, estoński
    • w forticom zainwestowało kilka firm, z tego co rozumiem, żadna z nich nie jest firmą estońską
  • mimo wszystko uważam to za dość skandaliczne. na pytania dziennikarza dotyczące stosunków właściowych w spółce prawa handlowego nie odpowiada się łapiąc za słówka: "nie szukamy inwestora" (tylko go właśnie znaleźliśmy) ani nie udaje zdziwienia, gdy pada pytanie o rosyjski kapitał. odpowiada się prosto: "w tej chwili udziałowcami w spółce są ...". nie mówiąc już o tym, że gdy dochodzi do tak poważnej transakcji, w dobrym stylu jest wysłanie komunikatu do mediów.
  • nie mam obsesji naszej klasy, nie mam obsesji kgb szpiegującego polaków, chociaż też nie lekceważyłbym i tych zagrożeń. nie mam obsesji międzynarodowego kapitału, od którego jak wiadomo, nie da się uciec. mam jednak nieodparte wrażenie, że skoro nasza klasa tak chce ukryć pozyskanie nowego inwestora, to ma jakiś powód.
  • ciekaw jestem, jaki? 
  • update: do transakcji doszło w styczniu, nasza-klasa oficjalnie potwierdza. 6 miesięcy...
10:22, reuptake
Link Komentarze (23) »
niedziela, 08 czerwca 2008
  • bardzo udała się wczorajsza impreza barcampowa w poznaniu. duża w tym zasługa organizatorów, choć i piękna, słoneczna pogoda miała w tym swój udział.
  • o zwycieskim projekcie napiszą pewnie webstop i antyweb (obiecali), ja za to wypunktuje pozostałe projekty:
    • internetowa książka skarg i wniosków - na razie strona nie wygląda i nie rokuje. jest kilka ciekawych kierunków, w których twórcy serwisu mogą pójść, a wyglądają na osoby znające się na rzeczy. jeśli to zrobią, to mogą coś zwojować. na razie słabo: proces składania skargi jest zbyt oderwany od samego procesu zamawiania/reklamowania towaru, jest też mnóstwo drobniejszych problemów, jak choćby ignorowanie faktu, że duży sklep zawsze ma więcej reklamacji niż mały. co daje nadzieje? fakt, że twórcy internetowej książki skarg i wniosków zdają sobie z tych problemów sprawę.
    • altino.pl - przyznam, że nie przekonują mnie serwisy oparte na pomyśle "zróbmy takie ceneo (albo allegro) ale nie dla towarów tylko usług". na pewno zaś nie powinno się mówić o "porównywarce cen dla usług" (jeśli już, to po prostu porównywarka usług). w przypadku usług cena gra mniejszą rolę niż w przypadku towarów. jeden z tych serwisów, który gdyby zebrał masę krytyczną, zapewne byłby przydatny i może nawet byłby używany. ale wątpię by zebrał, zależy to mocno od zdolności marketingowych twórców.
    • locavi.pl - coś jak altino, ale ukierunkowane na usługi polegające na wypożyczaniu. czy potrzebuję wypożyczać coś (przyczepę, domek na wakacje, talerze na imprezę)? czasem pewnie tak. czy fakt, że te wszystkie możliwości zebrane są w jednym serwisie coś mi daje? zupełnie nic. moim zdaniem nie wygra to z googlem. lub choćby z altino. ta sama firma prowadzi siostrzany serwis z aukcjami usług, bez spektakularnych rezultatów.
    • punkter.pl - młodzi twórcy punktera znaleźli sposób na to, jak prowadzić prezentację w warunkach pełnego nasłonecznienia: zamiast ekranu komputera używali kartek. jeden mówił, drugi pokazywał kartki. z tego, co zrozumiałem, punkter to trochę taka internetowa ksiażka skarg (i, dla odróżnienia, pochwał), ale bez żadnej weryfikacji, kontroli czy sprawdzania reputacji. przyznawaj punkciki... fotka na tym zrobiła karierę, co do punktera nie jestem przekonany. ps. strona w tej chwili nie działa.
    • opiekun inwestora - bardzo poważna strona, poważni twórcy i kwestie poważnych pieniędzy. ponieważ poważnymi pieniędzmi (chwilowo) nie dysponuję, miałem poważne problemy ze skupieniem się na prezentacji. o ile dobrze pojąłem, opiekun inwestora doradza inwestującym w instrumenty finansowe, przekazując im na bieżąco rozmaite analizy oparte na "past performance". twórcy serwisu znają się na tym lepiej niż ja, więc ufam, że ma to sens, choć nie bardzo wiem, o jakie instrumenty chodzi: akcje, jak sami założyciele serwisu mówią, nie mogą być brane pod uwagę, fundusze inwestycyjne... cóż, tutaj wszelkie operacje trwają po kilka dni, więc atut polegający na tym, że serwis daje mi superaktualne info od 6 rano też nie jest chyba tym, czym opiekun może przyciągnąć potrzebujących opieki inwestorów. ale, jeszcze raz podkreśle, to nie moja domena.
    • hobbeo - sympatyczna strona mająca na celu stworzenie kolekcjonerom miejsca, w którym mogliby oni prezentować swoje zbiory i dyskutować o swojej pasji. taki serwis powinien przetrwać. tym bardziej smuci fakt, że po wejściu na stronę dowiadujemy się, że ostatni wpis na forum miał miejsce 42 dni temu. tchnąć trochę życia w te kolekcje - to powinno być priorytetem twórców serwis na najbliższe miesiące. nie będę tu wgłębiał się w serwis, bo to nie miejsce i czas, ale wiele rzeczy należałoby poprawić, zaczynając od tekstów w głównym menu (dlaczego artykuły tematyczne są w dziale "rozrywka"?) po całą strukturę serwisu (a może hobbeo od razu powinno dzielić się tematycznie, a dopiero wewnątrz tematów znajdowałyby się kolekcje, giełdy czy fora?)
    • freemobo - wymiana darmowych programów, tapet i dzwonków na komórki. budzi spore wątpliwości od strony prawnej, tłumaczenia autorów, że to użytkownicy odpowiadają za to publikowane materiały, przypomina wykręty interii. ja przerobiłem to na własnej skórze i wiem, że w praktyce nie jest tak prosto. ciekawą funkcją serwisu jest automatyczna konwersja materiałów pomiędzy formatami używanymi przez różne telefony. freemobo ma być komórkowym youtubem. nie mam pojęcia, jakie ma szanse, przyznam się, że chyba nigdy nie ściągnąłem sobie na komórkę żadnego dzwonka ani tapety z internetu. mam to otagować #wstydliwe_wyznania?
    • cashfit.pl - i znowu: zróbmy allegro, ale dla aukcji finansowych. bardzo ambitny projekt, zwłaszcza, że twórca zdał niedawno maturę i jeszcze nawet nie zaczął studiów. nie, żebym miał coś przeciwko temu, ale dla instytucji finansowych może być to nie do przełknięcia. nie daję niestety temu pomysłowi zbyt wielu szans. jedna z istniejących platform p2p lending pewnie wykona ruch w tym kierunku, kiedy okaże się, że rynek dla czystego p2p lending będzie za mały na tylu graczy.
    • student-gotuje.pl - pomyślałem sobie, że wreszcie jest serwis, który opiera się na jakiejś unikatowej treści, a nie na user generated content, którego mam po dziurki w modemie. niestety, choć sam pomysł na serwis, tłumaczący jak wykonać najprostsze potrawy jest bardzo dobry, to znowu popada on w webdwazerową manierę. zastanawiam się, czemu autor nie pójdzie w inną stronę. dlaczego nie zostanie marthą steward dla początkujących? dlaczego nie zacznie budować swojego wyrazistego wizerunku i pozwala by fajny pomysł zamieniał się w typowy serwis kulinarny, trudny do zapamiętania i odróżnienia, mimo innego ukierunkowania. co robi na stronie głównej serwisu lasia ze stocka przebrana w strój piekarza? apetyczne cytryny i pomidory? niech się pokaże ten student, co gotuje. niech czymś nas zaskoczy.
    • sport4life - serwis dla tych, którzy chcą pouprawiać zespołowe sporty i dla kibiców. połączenie może wydawać się naciągane, ale rozumiem, że ludzie uprawiający sport są też często kibicami i wywierali nacisk, by i takie treści tam się znalazły. jeśli autorom udadzą się ambitne plany, takie jak zorganizowanie ligi rozgrywek i wyjście z serwisem poza internet, to będzie można mówić o sukcesie. ja bym już zabrał się za szukanie patronów, którzy wyłożą na to kasę. nike, puma, adidas... wiadomo.
  • i jeszcze kilka ogólniejszych uwag, co do samych prezentacji. podziwiam twórców serwisów, prowadzenie prezentacji dla w takim tempie i w takiej ilości (każdy prezentujący musiał powtórzyć swoją prezentację 11 razy!) to faktycznie sport ekstremalny. jeśli można się do czegoś przyczepić, to do faktu, że wielu prezentujących nie uznało za stosowne w pierwszych kilku zdaniach powiedzieć, co tak naprawdę zrobili i o czym będą mówić. rekord pobili chyba twórcy zwycieskich spryciarzy, którzy zaczęli od statystyk. opowiadają, ilu to mają userów, wizyt, odsłon, a ja nadal nie wiem osochozi. sprytniej od spryciarzy próbował zagaić gotujący student, zwracając się do publiczości, czy wie ktoś co to jest tahina i halaszle.
    • ja wiedziałem
  • ciekawie też rozpoczynali prezentację twórcy free mobo. od przywitania się z każdym, kto ich chciał słuchać. dobry pomysł. ale to nie znaczy, że koniecznie trzeba wymyślić jakiś trick na początek. jeśli będziecie w podobnej sytuacji, polecałbym zaczęcie od "zbudowaliśmy serwis, który (umożliwia...) i nazwaliśmy go (domena kończąca się na -eo)". tako rzecze kawasaki.
  • inny aspekt, czyli zespoły. z serwisu niekoniecznie wynika, kto za nim stoi. tu spryciarze pokazali się najlepiej, zjawiając się całym, bodajże sześcioosobowym składem, przebranym w identyczne koszulki. do tego charakteryzowali się podobnymi fryzurami (albo raczej brakiem fryzury) i ogólnie wyglądali na najbardziej zgraną ekipę. to też zapewne w jakiś sposób przyczyniło się do ich wygranej.
  • jeszcze raz dziękuję ekipie netguru za organizację całości, a wszystkim startującym życzę powodzenia. a jeśli się nie uda tym razem, to zawsze będzie ten następny raz.
14:01, reuptake
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
Pisz swój dziennik w Internecie